Czy nowe, modne zarządzanie jest lepsze od starego i sprawdzonego?

Jeszcze 20, 30 lat temu obraz relacji w fabryce czy dużej firmie był klarowny jak rysunek techniczny. Panowała hierarchia. Rozpoczynała się od dyrektora, a kończyła na pracowniku produkcji. Była wyraźna. Obowiązywała komunikacja jednostronna, a sposób pracy opierał się na jasnych procedurach. „Stare” metody zarządzania przypominały stalową konstrukcję – były solidne, przewidywalne i odporne na wstrząsy.

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy stanąłem na hali produkcyjnej jako świeżo upieczony inżynier. Wydawało mi się, że wszystko jest ściśle uporządkowane. Byli kolejno: dyrektor, kierownik, brygadzista, mistrz zmiany. Cele wyznaczano odgórnie, decyzje zapadały w gabinetach. Komunikacja, choć jednostronna, przebiegała klarownie. Organizacje przypominały dobrze funkcjonujące maszyny. Stare sposoby zarządzania nie były modne, nie ulegały trendom − one po prostu były.

Dziś mamy zupełnie inny krajobraz. Organizacje przybierają formę sieci, struktury się spłaszczają, a pracownicy oczekują nie tylko wynagrodzenia, ale też sensu i wpływu na decyzje. Na scenę wchodzą nowe metody takie jak: zwinność, turkus czy holakracja, które obiecują większą elastyczność i zaangażowanie. Ale czy rzeczywiście są one lepsze od starych? I czy mogą je zastąpić?

Dziś − po ponad dwóch dekadach pracy w zakładach produkcyjnych, firmach rodzinnych i organizacjach w fazie transformacji; z perspektywy inżyniera, menedżera i człowieka, który przeszedł wiele zmian i wiele z nich przeprowadził − wiem jedno: największym błędem lidera jest traktowanie zarządzania jak modnego garnituru i danie się ponieść aktualnie lansowanej modzie.

Wiem również, że odpowiedź na pytanie, który model jest lepszy wcale nie jest jednoznaczna ani prosta.

Stare szkoły na mocnych fundamentach

Moja przygoda z zarządzaniem zaczęła się w czasach, gdy królowały klasyczne podejścia, takie jak zarządzanie przez cele Petera Druckera. Management by Objectives (MBO), było jak Biblia. Wyznaczaliśmy cele roczne i kwartalne, mierzyliśmy wyniki oraz korygowaliśmy działania zgodnie z ich wskazaniami. W zakładzie produkcyjnym, gdzie pracowałem jako młody inżynier, ta metoda działała znakomicie. Procesy były stabilne, a rynek przewidywalny.

Case study

W fabryce części, w której odpowiadałem za dział produkcji, wdrożenie MBO pozwoliło w ciągu roku zwiększyć efektywność linii o 18%. Kluczem była jasność celów. Każdy pracownik znał priorytety. Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy dostawca z Azji nagle zmienił terminy i stanęliśmy przed wyzwaniem przeorganizowania planu produkcji w kilka tygodni. Cele ustalone trzy miesiące wcześniej straciły ważność, a system MBO, zamiast pomagać, krępował nam ręce.

Drugą metodą, która wprowadziła nowe spojrzenie na liderowanie, było przywództwo sytuacyjne Blancharda i Herseya. Wydawało się, że to rewolucja w zarządzaniu. Zrozumiałem, że nie da się traktować wszystkich pracowników tak samo. W jednym z zespołów miałem młodego operatora, który dopiero uczył się zawodu. Potrzebował jasnych instrukcji i stałej kontroli. W tym samym czasie w innym dziale pracował specjalista z 20-letnim stażem, któremu wystarczyło powiedzieć: „potrzebuję tego na poniedziałek”. Ta elastyczność w podejściu do ludzi dawała efekty. Motywowała ich i budowała zaufanie. A ja czułem, że organizacja wzrasta, a ludzie się rozwijają i osiągają coraz lepsze wyniki.

W tle działały również Teoria X i Y McGregora. W firmie o kulturze „X” – mocno hierarchicznej, z nastawieniem na kontrolę, wyniki były przewidywalne, ale pracownicy traktowali swoje zajęcia jak konieczność. W firmach „Y” panowała luźniejsza atmosfera, ludzie częściej wychodzili z inicjatywą, ale zdarzały się problemy z dyscypliną. Dziś wiem, że lider musi balansować pomiędzy zaufaniem, monitorowaniem i egzekwowaniem.

I wreszcie model Fayola. To pięć funkcji zarządzania: planowanie, organizowanie, zarządzanie ludźmi, kierowanie i kontrola. Dla mnie to jak zasady fizyki w inżynierii: nie znikają tylko dlatego, że pojawił się nowy trend. Nawet najbardziej „turkusowa” organizacja potrzebuje planowania i kontroli. Nieważne w jakiej formie, ale musi ją mieć.

Nowe trendy – zwinność, wartości i samoorganizacja

Świat jednak nie stoi w miejscu. Innowacje technologiczne, globalizacja i − co równie ważne − zmiana pokoleniowa wprowadziły nowe oczekiwania. Rynek zaczął zmieniać się szybciej, a kolejne pokolenie pracowników wprowadziło nową jakość oraz wymogło intensywne przemiany.

Najgłośniejszym hasłem ostatnich lat jest Agile. Zaczęło się od branży IT, ale szybko przeniknęło do marketingu, HR-ów czy produkcji. Z mojego doświadczenia: wdrożenie agile w dziale R&D (dział badań i rozwoju) przyspieszyło proces rozwoju nowych produktów o 20%. Krótkie sprinty, codzienne spotkania, jasne priorytety. To wszystko wyzwalało dynamikę i poczucie kontroli nad postępami. Ale agile nie działa wszędzie. Próbowałem wprowadzić ten system w dziale utrzymania ruchu. Niestety, skończyło się na frustracji mojej i pracujących tam osób. Tam, gdzie zadania są w dużej mierze reaktywne, a priorytety zmieniają się w godzinę, planowanie sprintów po prostu nie miało sensu. Wprowadzało tylko chaos w i tak bardzo szybko zmieniającym się środowisku.

Jeszcze o krok dalej idzie holakracja. To organizacja bez klasycznych szefów. W jednym z projektów konsultingowych firma produkcyjna postanowiła zlikwidować stanowiska kierowników i wprowadzić system ról. Osoby decyzyjne wierzyły, że to przyspieszy działania i zwiększy poczucie odpowiedzialności pracowników. Efekt? Po pół roku wrócili do klasycznej struktury. Ludzie nie wiedzieli, kto ma podejmować decyzje w sytuacjach kryzysowych, a spotkania „kręgów” przeciągały się w nieskończoność. Nie było też nikogo, kto by wziął na siebie odpowiedzialność za bieżący stan rzeczy. Holakracja może działać, ale tylko w organizacjach odznaczających się wysokim poziomem samoświadomości i dyscypliny pracujących w niej osób.

Turkusowe organizacje nazwałbym już raczej filozofią niż narzędziem. Turkus to kolejny trend, którego motywami przewodnimi są: samoorganizacja, sens pracy, misja ważniejsza niż wynik finansowy. Doradzałem polskiej firmie rodzinnej (z sektora finansowego) podczas przejścia na model turkusowy. Sukces nastąpił po roku – zniknęły spory o drobiazgi, wzrosło zaangażowanie. Ale ten czas minął pod znakiem ciężkiej pracy nad komunikacją i kulturą. Gdyby firma miała problemy finansowe, wątpię, by turkus się utrzymał.

Na koniec: zarządzanie przez wartości. W jednej firmie produkcyjnej zbudowaliśmy całą strategię wokół czterech kluczowych wartości: jakości, bezpieczeństwa, szacunku i odpowiedzialności. Budowaliśmy to wiele miesięcy poprzez szkolenia i codzienną pracę, a także coaching i mentoring dla kadry zarządzającej (bardzo angażujący projekt). To działało: ludzie podejmowali decyzje, patrząc na to, czy są zgodne z wartościami. Czuli się współodpowiedzialni i wiedzieli, że mają wpływ, a co najważniejsze, że pracują i są spójni ze sobą i wartościami, z którymi się identyfikują.

Jednak w innej firmie, gdzie wartości były tylko na ścianach w salach konferencyjnych i lobby, a kultura organizacyjna stała na bardzo niskim poziomie to się nie powiodło. Wartości okazały się obiektem drwin, a pracownicy w ogóle się z nimi nie identyfikowali. A co gorsze, sam top management też jakoś nie bardzo interesował się tematem.

Model zmiany Kurta Lewina – stare, ale złote i wciąż działa.

Patrząc na te doświadczenia, dochodzę do wniosku, że żadna zmiana się nie uda, jeśli nie przejdziemy przez to, co opisał Kurt Lewin − klasyk psychologii społecznej, który już w połowie XX wieku opisał trójfazowy model zmiany:

  1. Rozmrożenie (Unfreezing), czyli zakwestionowanie obecnego stanu rzeczy. Jeśli zespół nie rozumie, po co zmieniać cokolwiek, opór będzie naturalny.
  2. Zmiana (Change), czyli wprowadzanie nowych zachowań, narzędzi i struktur. To faza trudna, niepewna, wymagająca wsparcia i odwagi.
  3. Zamrożenie (Refreezing), czyli utrwalenie nowych standardów. Bez tego zmiana pozostanie epizodem, nie stanie się kulturą.

W każdej organizacji, w której widziałem udaną transformację, wszystkie te trzy etapy były obecne, w sposób uświadomiony przez ludzi lub nie. W każdej, gdzie zmiana się nie udała, przeskoczono któryś z nich. Lewin, choć pisany starym alfabetem, jest nadal najważniejszą mapą każdej podróży przez zmianę.

Zmiana pokoleniowa – ukryty motor procesu

Nie można ignorować zmiany pokoleniowej, mówiąc o zarządzaniu. Gdy stare metody święciły triumfy, w firmach dominowały pokolenia Baby Boomers i X. Dla nich praca była przede wszystkim źródłem stabilności i utrzymania rodziny, czymś oczywistym, wpisanym w DNA. Cenili hierarchię, jasne zasady, lojalność wobec pracodawcy.

Dziś na rynku dominują Millenialsi i coraz liczniejsza Generacja Z. Oni chcą elastyczności, sensu, wpływu. Praca to nie tylko sposób na zarabianie, to część ich tożsamości. Jeśli firma nie daje im możliwości rozwoju i poczucia, że robią coś ważnego i wartościowego, odchodzą. To właśnie te oczekiwania są paliwem dla popularności agile, turkusu czy VBM.

Ale uwaga: to także źródło ogromnych napięć. W fabryce, w której prowadziłem projekt optymalizacji, starsi pracownicy krytykowali nowe podejście jako „rozmowy zamiast roboty”, a młodsi narzekali na „wojskową dyscyplinę”. Kluczem było stworzenie modelu hybrydowego, struktury dającej zarówno stabilność, jak i przestrzeń do innowacji, tworzącej most międzypokoleniowy dla wspólnego rozwoju.

Podsumowanie – które metody są lepsze?

Po latach pracy jako top manager, a później CEO własnej firmy consultingowej, wiem jedno – ani stare, ani nowe metody same w sobie nie gwarantują sukcesu. Stare dają stabilność, przewidywalność, jasność ról. Sprawdzają się tam, gdzie procesy muszą być powtarzalne, a rynek jest względnie stabilny. Nowe odpowiadają na potrzeby elastyczności, szybkiego reagowania i zaangażowania – grają nieocenioną rolę w dynamicznych branżach, projektach innowacyjnych, pracy z młodszymi pokoleniami.

Najskuteczniejsze firmy, jakie znam, z którymi pracowałem, łączą oba światy. Wprowadzają agile w działach projektowych, ale utrzymują elementy MBO w obszarach operacyjnych. Stosują przywództwo sytuacyjne, ale dbają o jasne procesy. Kierują się wartościami, ale pilnują wyników.

Dlatego na pytanie: „czy nowe jest lepsze od starego?” odpowiem tak: nowe bez starego jest jak żaglowiec bez kilu. Szybkie, ale niestabilne. Stare bez nowego jest jak statek w porcie: bezpieczne, ale nigdzie nie dopłynie. Mądry lider potrafi dobrać narzędzia do ludzi, kultury i realiów, a nie do modnych haseł i obecnie lansowanych trendów.

Autor
Zdjęcie Mariusz Płachciński

Mariusz Płachciński

Jestem absolwentem Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego oraz Uniwersytetu Szczecińskiego. Na tych uczelniach posiadłem wiedzę z zakresu: mechaniki i budowy maszyn, zarządzania i inżynierii produkcji oraz psychologii. Zwieńczeniem mojej drogi edukacyjnej było ukończenie studiów Master of Business Administration na Zachodniopomorskiej Szkole Biznesu. Przez lata nieustannie poszerzam swoją wiedzę o szkolenia takie jak: AI Manager czy Coaching i Mentoring. 

Swoją karierę zawodową rozpocząłem jako Kierownik Zakładu w międzynarodowej organizacji. Zarządzałem wówczas grupą 150 osób, w skład której wchodzili zarówno blue-collars, jak i white-collars. Następnie jako Project Manager zbudowałem kompleksowo dział produkcyjny, który po kolejnych improvmentach funkcjonuje w tej firmie po dziś dzień. Konsekwentnie rozwijałem swoją karierą jako Operations Manager w dużej duńskiej organizacji, gdzie do listy swoich sukcesów zaliczam jej relokację oraz rozbudowę. Przez kolejne lata pracowałem jako General Production Manager oraz Plant Manager. 

Tak zdobyte wieloletnie doświadczenia przekułem na własną firmę – Easy Way.